19 czerwca 2013

27. She is a perfect girl.

Nie miałem ochoty iść na zajęcia, szczególnie po takim miłym poranku. Coraz więcej dni tak wyglądało, a ja z każdym kolejnym przyłapywałem się na tym, że nie wyobrażam sobie życia bez niej.
Wraz z początkiem kwietnia Jennifer zaczęła się przygotowywać do występu, który odbywał się za niecałe dwa miesiące. Chodziłem na jej próby. Kochałem patrzyć jak tańczy, jak uwalnia swoje emocje poprzez taniec. Była w tym niesamowita. 
- Chodź tutaj po partnerujesz mi - powiedziała na jednej z prób.
- Zwariowałaś? Ja nie umiem tańczyć, a do tego to ma w sobie elementy baletu.
- Jared nie marudź - skarciła mnie. Wstałem niechętnie z ławki i do niej podszedłem. - Chcę żebyś tylko mnie tu trzymał - położyła moją prawą dłoń sobie w pasie.
- A mogę tu? - zjechałem na jej biodro.
- Nie możesz - zaśmiała się.
Po godzinie miałem dość. W końcu wylądowaliśmy na parkiecie całując się.
- Co Państwo tu robią? - jakaś starsza Pani otworzyła drzwi.
- Ćwiczymy - powiedziała Jennifer, po czym się podniosła i zrobiła piruet.
- Widzi Pani - wskazałem na dziewczynę. Kobieta tylko pokręciła głową i wyszła.
- Dobra chodźmy stąd - zakomunikowała. Podniosłem się z podłogi i wyszliśmy z uczelni.

Po sześciu tygodniach intensywnych treningów Jen nadciągnęła sobie bark. Leżała na kanapie i w końcu odpoczywała.

- Kochanie jesteś głodna? 
- Trochę - odpowiedziała mi z uśmiechem.
- Może zostaniesz u mnie, co? - postawiłem na stoliku przed nią talerz.
- Zostanę pod warunkiem, że pojedziesz do mojego mieszkania i przywieziesz mi trochę rzeczy.
- Nie ma sprawy - pocałowałem ją w głowę.
Jennifer musiała przez tydzień leżeć. Bałem się, gdy wychodziłem do szkoły i zostawiałem ją samą na kilka godzin, ale kategorycznie zabroniła mi zostać w domu.
- Jak się czujesz? - spytałem po powrocie.
- Bywało lepiej. Mam prośbę - podała mi tubkę z maścią - posmarujesz mi bark.
- Pewnie daj - dziewczyna ściągnęła bluzkę - torturujesz mnie. 
- Nie chciałam - usiadłem za nią na oparciu kanapy. Opuściłem ramiączko jej stanika i pocałowałem ją w ramię. Na jej ciele pojawiła się gęsia skórka. 
- Nie bój się - szepnąłem jej do ucha.
- Ja się nie boję, tylko... no wiesz.
- Wiem, wiem. Daj tą bluzkę. 
- Dziękuję.
Po tygodniu leżenia i odpoczynku Jennifer postanowiła się gdzieś wybrać.
- Przepraszam Cię bardzo, gdzie Ty idziesz?
- Na próbę.
- Jak to na próbę? Kochanie nie powinnaś się forsować.
- Nie idę ćwiczyć. Chcę zobaczyć tylko. Dzisiaj cała grupa ma zajęcia. Wrócę niedługo, nie martw się - posłała mi buziaka i wyszła. Wróciła po 2 godzinach.
- Co mi chcesz powiedzieć? - spojrzałem na nią.
- Chcę wziąć udział w tym przedstawieniu.
- Ale . . .
- Jared zrozum, że ja muszę. Strasznie mi na tym zależy. 
- Ja to rozumiem - ująłem jej dłonie w swoje - boję się po prostu, że zrobisz sobie krzywdę. 
- Chcę tylko parę razy przećwiczyć układ sama i raz albo dwa z grupą. No Jared proszę. 
- Niech Ci będzie - nie miałem serca jej zabronić.
Chodziłem z Jennifer na próby. Musiałem jej pilnować żeby się nie przemęczała. Widziałem, że ją boli, ale nie potrafiła odpuścić. W pewnym momencie usiadła na parkiecie i się rozpłakała.
- Nie płacz. Wstawaj, wrócimy do domu.
Bardzo emocjonalnie do tego podchodziła, ale nie było się czemu dziwić  w końcu kochała to robić. Nadszedł dzień przedstawienia. 
- Powodzenia - pocałowałem ją.
- Nie dziękuję - weszła na scenę, a ja poszedłem na widownię. 
Po występie z resztą bardzo udanym pojechaliśmy do mojego mieszkania.
- Jestem zmęczona. Pójdę się położyć.
Martwiłem się o nią. Na przedstawieniu dała z siebie wszystko, co w jej stanie było błędem. Obudziłem się rano, a Jen zastałem w łazience. Siedziała na wannie i płakała. 
- Ej, co się stało?
- Boli.
- Chodź do mnie - przytuliłem ją lekko - ubierzemy się i pojedziemy do szpitala.
- Nie - zaprotestowała.
- Zdecydowałaś o udziale w przedstawieniu, a teraz pozwól, że ja zdecyduję o Twoim zdrowiu - pokiwała głową.
- Znowu Pani - lekarz spojrzał na nią i pokręcił głową - zapraszam. Doprawiła się Pani - spojrzał na zdjęcie z prześwietlenia - Warto było?
- Tak - odpowiedziała stanowczo.
- Zostanie Pani parę dni w szpitalu - powiedział doktor.
- Muszę?
- Niestety tak. Pielęgniarka zaprowadzi Państwa na salę.
Jen się przebrała w szpitalną koszulę i położyła na łóżku.
- Zapomniałam Ci o czymś powiedzieć - złapała mnie za rękę. Co ona znowu wymyśliła, pomyślałem - Jutro po południu przyjeżdżają moi rodzice - dokończyła po długiej przerwie - Pojedziesz po nich na dworzec, bo oni nigdy tu nie byli? - uśmiechnęła się słodko. 
- Chyba nie mam wyjścia co. Ładnie mnie załatwiłaś. 
- Przepraszam. Muszę do nich zadzwonić i ich uprzedzić - sięgnęła po telefon. - Cześć mamuś, bo widzisz jest taka sprawa . . . 
Wyszedłem na korytarz. Wolałem uniknąć spotkania z "teściami", a tu poznam ich szybciej niż myślałem i to jeszcze w sytuacji, gdy Jen jest w szpitalu.
Następnego dnia dziewczyna wszystko mi tłumaczyła.
- Moi rodzice Christine i Peter Simons - podała mi zdjęcie - powinieneś ich rozpoznać. 
- Mam taką nadzieję.
- Jay nie denerwuj się. Oni Cię polubią. Poza tym odpowiadałam mamie o tobie. Bardzo się ucieszyła, że mam chłopaka - przez moment poczułem się pewniej - dasz radę. Jedź już, bo się spóźnisz.
- OK, narazie. Może ich tu potem przywiozę, jak dożyję tego momentu.
Jadąc na dworzec czułem rosnące napięcie. Bałem się, ale sam do końca nie wiedziałem czego. Wchodząc do budynku zobaczyłem dwójkę ludzi po 40-stce. To byli oni.
- Leto niczego się nie boją - powiedziałem do siebie, przypominając sobie słowa brata.
- Dzień dobry. Państwo Simons prawda? - podszedłem do nich.
- Tak.
- Jestem Jared.
- Pan jest chłopakiem naszej córki? - kobieta spojrzała na mnie.
- Zgadza się.
- Peter - mężczyzna pewnie i stanowczo uścisnął mi dłoń.
- Cieszę sie, że mogę Cię w końcu poznać - uścisnęła mnie mocno, co trochę mnie zdziwiło.
Zawiozłem rodziców Jennifer do mieszkania jej i jej współlokatorki Zeny. Po tym jak się odświeżyli pojechaliśmy do szpitala.
- Mamo! Tato! - pisnęła uradowana dziewczyna.
- Czy Ty dziecko nigdy nie możesz się obyć bez kontuzji? - Peter spojrzał na nią surowo.
- Widocznie tak musi być, ale występ był świetny. Jared może to potwierdzić.
- Oj tak - pokiwałem głową.
Po czterech dniach pobytu w szpitalu Jen została wypuszczona do domu. Musiała leżeć dwa tygodnie. Była w swoim mieszkaniu. Jej rodzice chyba nie znieśliby tego, że od jakiegoś czasu mieszkała u mnie, więc zachowywaliśmy pozory. Siedząc trzeci dzień z kolei do późna u Jennifer, do pokoju wszedł jej tata.
- Nie przeszkadzam Wam? - spytał.
- Skądże.
- Jared jeśli chcesz, to możesz zostać tu. My nie mamy nic przeciwko w razie czego - puścił mi oczko i wyszedł.
- W takim razie rozbieraj się i wchodź tu do mnie - dziewczyna spojrzała na mnie zalotnie.
- Całkiem? - stanąłem przed nią w samych bokserkach. W przeciągu sekundy zarumieniła się i zakryła twarz rękami. - To było urocze - powiedziałem wchodząc na łóżko.
- Jared?
- Hmmm?
- Bo widzisz jest taka sprawa. Zena się wyprowadziła, a nie chcę szukać nowej współlokatorki, więc mogłabym już tu nie mieszkać, tylko . . .
- Tylko co?
- Moglibyśmy zamieszkać razem, jeśli chcesz oczywiście.
- Jestem jak najbardziej za - pocałowałem ją.
Rano obudziła mnie Pani Christine, która zrobiła nam śniadanie.
- Nie musiała Pani - powiedziałem nieco zakłopotany.
- Ale chciałam. Nic wielkiego naprawdę - zamknęła drzwi.
- Kochanie obudź się.
- Nieeee. Jared jeszcze trochę.
- Twoja mama zrobiła nam śniadanie.
- Śniadanie - podniosła się.
Państwo Simons po południu mieli pociąg do Atlanty.
- Opiekuj się nią - mama Jen pocałowała mnie w policzek.
- Obiecuję.
- Fajny z Ciebie chłopak, nie spraw żebym myślała inaczej - Peter pogroził mi palcem i uścisnął.
- Do widzenia. Miłej podróży.
- Jesteśmy sami? - zapytała.
- Tak - pociągnęła mnie za bluzę i zaczęła całować.
- Ej koleżanko, masz na siebie uważać.
- Oj tam.
- Dobra jednak miałeś rację - powiedziała po paru minutach.
- No widzisz. Leż grzecznie.
Tydzień później zabrałem Jennifer do siebie i przewiozłem wszystkie jej rzeczy. Rozmawiając parę dni później z Shannonem uświadomiłem go o tym fakcie.
- Oj Młody . . . może czas w końcu powiedzieć mamie, że masz dziewczynę?
- Zrobię to, ale jeszcze nie teraz. Musiałaby ja poznać, a ja nie mogę jechać teraz do Los Angeles.
- To jak Ty nie masz czasu, to może ja wpadnę do Ciebie. Nie masz nic przeciwko?
- Zapraszam.
- W końcu poznam tą Twoją piękność.
- Skarbie, nie masz nic przeciwko, że mój brat nas odwiedzi w przyszłym tygodniu? - zapytałem dziewczyny.
- Nie mam - uśmiechnęła się. 
Półtora tygodnia przyjechał Shannon.
- Cześć braciszku - uściskałem go mocno - To jest właśnie Jennifer - wskazałem na blondynkę.
- To Ty zawróciłaś mojemu bratu w głowie. Shannon - podał jej rękę.
- Jared dużo o Tobie opowiadał - poruszyła brwiami.
- Oby same dobre rzeczy - uśmiechnął się lekko.
Mój brat był wyraźnie oczarowany Jennifer.
- Skąd Ty ją wytrzasnąłeś? Jest perfekcyjna. Śliczna, wygadana, mądra, zabawna, ma idealną figurę. Kurwa Jared zazdroszczę Ci.
- Dziękuję - zaśmiałem się.
- Wierz mi mama z pewnością ją polubi, tylko musi ją poznać. Z takimi dziewczynami jak ona bierze się ślub, zakłada rodzinę i prowadzi się szczęśliwe życie - przerwaliśmy rozmowę, bo do mieszkania weszła Jen.
- Chłopaki robicie obiad - powiedziała z przebiegłym uśmieszkiem na twarzy.
- No to nie gwarantuję, że coś zjemy - zaśmiał się Shannon.
- Wymyślicie coś razem, a ja idę wziąć prysznic.
- Jak się z nią nie ożenisz, to ja to zrobię - wstał z kanapy i poszedł do kuchni. Wziął sobie do serca, to co dziewczyna powiedziała o obiedzie. Dołączyłem do niego i po niecałej godzinie zrobiliśmy coś do jedzenia. Wieczorem wybraliśmy się kina. Czas spędzony z Shannonem mijał świetnie, ale on niestety musiał wracać do Los Angeles.
- Elliott chce do Ciebie przyjechać - powiedział w drodze na lotnisko.
- A po chuj? Tzn. po co?
- Nie wiem - wzruszył ramionami.
- Shannon on nie może tu przyjechać. Tym bardziej teraz, gdy mieszkam z Jennifer. Jeszcze przywiezie pewnie ze sobą towar. Nie kurwa, nie ma mowy.
- Nie denerwuj się. Powiedziałem mu, że nie masz czasu, żeby Ci nie zawracał głowy teraz. Wcisnę mu jakiś kit. Nie martw się.
- Jak on tu przyjedzie, to mój związek z Jennifer się skończy. Wiesz jaki on jest.
- Aż za dobrze.
Byłem zły i nie wiedziałem co miałbym zrobić jeśli Elliott by się tu pojawił i nie posłuchał mojego brata.
- No Jared uważaj na siebie i pilnuj tej dziewczyny jak oka w głowie, to skarb naprawdę.
- Przysięgam. Zależy mi na niej.
- To akurat widać - uśmiechnął się. - Idę, bo mi zwieje ten samolot.
- Trzymaj się - uściskaliśmy się.
Zostawiłem brata na lotnisku i wróciłem do domu. Patrzyłem na dziewczynę dłuższą chwilę, aż w końcu zapytała.
- Co?
- Kocham Cię, wiesz? - na jej twarz wkradł się ten słodki uśmiech zawstydzenia.
- Ja Ciebie też - pocałowała mnie. 

____________________________________________________________
Oto i jest 27 rozdział.
Z jaką częstotliwością byście chcieli aby pojawiały się nowe rozdziały. Jeden na tydzień, czy na dwa?
Ode mnie chyba tyle. Życzę miłej lektury :)